028 NZS w11 Jak żegnaliśmy naszych bliskich
O dawnych zwyczajach związanych ze śmiercią i pogrzebem
Jak żegnaliśmy naszych bliskich
Listopad jest miesiącem szczególnie poświęconym pamięci osób zmarłych. Dlatego pragniemy przypomnieć niektóre dawne zwyczaje związane ze śmiercią i pogrzebem funkcjonujące na Górnym Śląsku.
Jednym z takich dawnych zwyczajów na terenach wiejskich (zresztą nie tylko na Śląsku) było kładzenie umierającej osoby na słomę. W początkach XIX wieku panowało jeszcze bowiem powszechne przekonanie, iż pierze (np. w poduszce czy pierzynie) utrudnia odchodzenie z tego świata. Śmierć miała być lżejszą, jeśli umierającego człowieka wyciągnęło się z pościeli i umieściło na rozłożonej w tym celu słomie. Zwyczaj ten był zakazywany przez władze państwowe jako zabobonny i szkodliwy. W pismach urzędowych, takich jak np. „Amts – Blatt der Königlichen Oppelnschen Regierung” („Dziennik Urzędowy Rejencji Opolskiej”, w skład której wchodziło Zabrze) co pewien czas ukazywały się komunikaty odnośnie szkodliwości takich praktyk, np. w 1819 r.: „Nie wolno chorego umierającego z pościeli wyiąć i na słomę kłaść nim zupełnie nie umarł i zimny nie będzie”. Zakaz ten powtarzany był jeszcze kilkukrotnie, m.in. w 1823 r. w komunikacie zatytułowanym „Uwiadomienie, żeby żaden umierających ludzi bez przykrycia nie położył na słomę, naprzeciwko drzwiom, pod pretekstem ułatwienia ieym śmierci”. Często ludziom towarzyszył lęk przed pogrzebaniem ich żywcem. Przypadki takie niestety miały miejsce jeszcze w pierwszym dwudziestoleciu XIX wieku. W związku z tym w dziennikach urzędowych co pewien czas ukazywały się komunikaty odnośnie grzebania ludzi żywcem. Przykładem takiego komunikatu może być „Obwieszczenie względem ostrożnego chowania umarłych” z 1819 r., w którym w kilku punktach określono zasady, jakimi powinno się kierować przy składania ciała do grobu. Otóż, przypominając instrukcje jeszcze z 1781 r., nakazywano m.in., aby „trumna, do którey umarły położonym został, dopiero trzeciego dnia, krótko przed chowaniem trupa, i to w przytomności Kościelnego, zamkniętą bydź ma”. Nie wolno było złożyć zmarłego do trumny, zanim nie pojawiły się znaki świadczące o tym, że ów na pewno nie żyje. Znaki te w cytowanym obwieszczeniu podzielono na dwa rodzaje: wątpliwe i pewne. Jeśli pojawiły się znaki wątpliwe (takie jak np. „przestanie pulsowania żył” czy „trupia bladość”) należało starać się o przywrócenie do życia człowieka za pomocą różnych środków (takich jak np. zapalenie pióra pod nosem czy „gadanie głośnie do usz zmarłego”). Jeśli one nie zadziałały, „wtedy trupa omyją i ubranego do otwartey trumny pod dozorem stróża stojącey do chłodnego dobrze opatrzonego postawić można miejsca”. W miejscu tym zmarły mógł przebywać dwa lub trzy dni podczas wiosny, lata i jesieni, a pięć do siedmiu dni podczas zimy. W tym okresie powinny pojawić się już pewne znaki śmierci, takie jak np. „prawdziwy smród trupi” czy „wybieganie zgniłych soków z różnych otworów ciała”. Gdyby znaki te pojawiły się wcześniej, zezwolenie na pochówek mogła wydać policja po uzyskaniu zaświadczenia lekarskiego. Oczywiście zmarłych należało umieszczać w miejscach oddalonych od mieszkań ludzkich, określanych w obwieszczeniu jako „trupie domki” lub „komory trupie”. Do czasu pojawienia się oznak „zupełnego i ogólnego zgnicia” nie można było zamknąć trumny, w której spoczywał zmarły. Zapewne z uwagi na daleko posunięty rozkład ciała zakazywano także wystawianie ciał na widok publiczny, bądź otwierania zamkniętej już trumny „ponieważ to zdrowiu żyiących bardzo może bydź szkodliwe”.
***
Zwyczaje związane ze śmiercią i pogrzebem, podobnie jak wiele innych, ewoluowały i zmieniały się. W kolejnym stuleciu nikt nawet nie pomyślałby o położeniu umierającego na słomie, zanikał też lęk przed pogrzebaniem żywcem. Śmierć pozostała jednak częścią codzienności. Pojmowano ją jako coś naturalnego i przyjmowano bez lęku, ze swego rodzaju pokorą. Na śmierć należało się przygotować. Służyły temu takie środki, jak częste przystępowanie do sakramentów – pokuty i Komunii św., a także modlitwy „o dobrą śmierć” (dobrą, czyli poprzedzoną spowiedzią), o „zachowanie od nagłej i niespodziewanej śmierci” czy różne pobożne praktyki i lektury.
Przy śmierci członka rodziny z reguły obecni byli domownicy. Odchodzący człowiek żegnał się z najbliższymi, sąsiadami i znajomymi, prosząc o darowanie win, pojednywał się ze wszystkimi. W tych ostatnich chwilach pilnowano szczególnie, aby w domu i najbliższym otoczeniu panowała cisza. Wzywano kapłana, a umierający spowiadał się, przyjmował Najświętszy Sakrament (wiatyk – od „via” – droga – pokarm na drogę do życia wiecznego) oraz ostatnie namaszczenie. Gdy jednak pojawiły się pierwsze oznaki konania, zbliżano się do łoża konającego, klękano i zaczynano się modlić. Umierającemu wkładano do rąk zapaloną gromnicę, która miała mu uprosić wstawiennictwo Matki Boskiej oraz której płomień miał oświetlić duszy ostatnią drogę. Zgromadzeni przy łożu umierającego modlili się nadal po skonaniu. Gaszono gromnicę i wyjmowano ją z rąk zmarłego, zatrzymywano zegar, zasłaniano lustra oraz otwierano drzwi i okna, aby dusza mogła spokojnie wyjść. Zatrzymywanie zegara jest symbolicznym znakiem, że życie danego człowieka uległo zatrzymaniu. Lustro zasłaniano, gdyż wierzono, że ten z żywych, który dostrzeże w nim oblicze zmarłego, sam również niedługo może umrzeć. Okna zasłaniano, gdyż „śmierci przynależy ciemność, a nie jasność”. Po śmierci rozpoczynano przygotowania do pogrzebu. Nieboszczykowi zamykano oczy i usta, myto go, ubierano i układano w trumnie. Młode kobiety i mężczyzn, którzy umarli przed wstąpieniem w związek małżeński, chowano w sukni ślubnej lub w garniturze do ślubu. Dzieci zmarłe przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii Świętej chowano w strojach komunijnych. Kolor trumny wybierało się stosownie do wieku zmarłego. Dla starszych przeznaczona była czarna lub brązowa, dla osób w średnim wieku w kolorze drewna, dla dzieci i młodzieży – biała. Trumnę ze zmarłym stawiano w głównej izbie na prowizorycznym katafalku, a obok niej u wezgłowia umieszczano zapalone świece. Ozdabiano ją mirtem, a pod głowę zmarłego wkładano kwiaty poświęcone podczas święta Matki Boskiej Zielnej. Ręce zmarłego oplatano różańcem, do trumny wkładano też książeczkę do nabożeństwa oraz czasami różne przedmioty, do których szczególnie przywiązany był zmarły. Z reguły zwłoki spoczywały w domu trzy dni, w ciągu których odbywało się zwyczajowe czuwanie. Towarzyszyły mu modlitwy za duszę zmarłego oraz śpiewanie pobożnych pieśni, szczególnie podczas tzw. pustych nocy, czyli nocy poprzedzających złożenie ciała do grobu. Domowników obowiązywał ciemny strój, nie prowadzono głośnych rozmów, wstrzymywano wszystkie prace w gospodarstwie, z wyjątkiem obrządku bydła i trzody.
***
Pogrzeb odbywał się zazwyczaj w czwartym dniu po śmierci. O określonej godzinie zbierali się domownicy oraz wszyscy ci, którzy chcieli pożegnać zmarłego. Przychodził również ksiądz w czarnej kapie, z ministrantem lub organistą, aby pokropić ciało wodą święconą. Po modlitwie i pokropieniu ciała trumnę przykrywano wiekiem i wyprowadzano zmarłego nogami w stronę wyjścia. Wynoszący z domu trumnę zatrzymywali się, przekraczając progi, stukając trzykrotnie trumną o próg (częściami trumny, gdzie spoczywają nogi, środek ciała i głowa). Robiono tak na znak pożegnania zmarłego z domem. Następnie przed domem ustawiał się kondukt pogrzebowy, na którego czele szedł ministrant niosący krzyż, za nim ksiądz. Czasami kościelny albo bliski przyjaciel zmarłego niósł jeszcze czarną chorągiew pogrzebową. Dopiero potem niesiono albo wieziono na karawanie trumnę, za którą szli żałobnicy z wieńcami i kwiatami. Jako pierwsi szli wdowa/wdowiec po zmarłym, dzieci, dalsza rodzina i znajomi. W drodze z domu zmarłego do kościoła żałobnicy nie powinni się odwracać. Wierzono, że wówczas „złe może podlecieć”. Po przybyciu do kościoła ustawiano trumnę na katafalku w głównej nawie. Za duszę zmarłego odprawiana była msza św. żałobna, po której, przy akompaniamencie dzwonów kościelnych, odprowadzano zmarłego na cmentarz. Pogrzeby na Śląsku były z reguły bardzo uroczyste. Kolorem właściwym śmierci i sprawom ostatecznym był czarny – nie jak dziś fioletowy. Czarny był kir, którym przykrywano katafalk, po obu stronach którego ustawiano świece. Czarne również były szaty liturgiczne – ornat, stuła, manipularz, kapa. Nad grobem kapłan odmawiał modlitwy, kropił trumnę wodą święconą, po czym, śpiewając „Salve Regina”, spuszczano ją do grobu. Na trumnę trzykrotnie rzucano grudki ziemi, aby nie ciążyła ona zmarłemu, wypowiadano przy tym najczęściej słowa – „spoczywaj w spokoju” lub „niech ci ziemia lekką będzie”. Na cmentarzu nie chowano samobójców, którzy jako zmarli z brzemieniem ciężkiego grzechu uważani byli za niegodnych pochówku w poświęconej ziemi cmentarnej. Chowano ich w trumnach zbitych z nieheblowanych desek, bez udziału księdza.
Anna Kulczyk Muzeum Miejskie w Zabrzu